| |
|
Stowarzyszenie Przyjaciół Pruszcza Gdańskiego i Okolicznych Gmin ul. Obrońców Wybrzeża 2b 83-000 Pruszcz Gdański Strona www: www.stow-wiezi.org.pl e-mail: biuro@stow-wiezi.org.pl
Rok rejestracji: 2002 Rok uzyskania statusu OPP: 2005 KRS: 0000129119 REGON: 192828460 NIP: 604-00-41-310
|
|
|
|
Obóz jeńców wojennych w Granicznej Wsi |
|
Na terenie gminy Trąbki Wielkie, o czym niewielu zapewne jeszcze wie, znajdują się pozostałosci obozu pracy jeńców wojennych i miejsca ich tragicznej śmierci - Grenzdorf (Graniczna Wieś) . O niezwykłości i historii tego miejsca pisze Jakub Jąkalski...
Obóz jeńców cywilnych w Granicznej Wsi Obóz jeńców cywilnych w Granicznej Wsi, miejscowości znajdującej się przy dawnej granicy Wolnego Miasta Gdańska z Polską, był jednym z obozów wchodzących w skład Komendantury Obozów Jenieckich Gdańsk. Nazwa Graniczna Wieś została przemianowana na Grenzdorf po wcieleniu tych terenów do zaboru pruskiego w wyniku rozbiorów. Niedaleko tej miejscowości znajdował się kamieniołom – dziś jego resztki są zasypane. W okresie międzywojennym formalnie należał on do Wolnego Miasta Gdańska, choć nie wiadomo, kto go w tym czasie eksploatował. Wiadomo natomiast, że w lipcu 1939r., dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej, powstał w Granicznej Wsi obóz pracy przymusowej dla więźniów kryminalnych przebywających w Gdańsku, utworzony przez gdański senat. Miał być – poprzez pracę – skutecznym środkiem wychowawczym dla „notorycznych nierobów i bumelantów”, jak wtedy ich określano. Opis warunków w nim panujących znamy z relacji zamieszczonej w lipcowym numerze „Der Danzinger Vorposten” z 1939 r. Warto je tu przytoczyć, aby dysponować skalą porównawczą dla późniejszego, wojennego okresu jego istnienia. Obóz utrzymywał się prawie w 100 % z pracy więźniów. Nadzorowało ich Wachkommando złożone z pięciu policjantów gdańskiej żandarmerii. Na terenie obozu znajdowały się dwa baraki z zakratowanymi oknami. W tym czasie na terenie obozu zdje_015 Kurhan - miejsce pamięci cę zaczynano o 6.00, kończono o 18.00 z dwugodzinną przerwą na obiad, do 22.00 był czas wolny. Za wzorową pracę i dyscyplinę więźniowie mogli czytać prasę, książki i słuchać radia w wydzielonym pokoju. Wypłacano im także niewielkie wynagrodzenie. W barakach panował, wg relacji, idealny porządek, a wśród więźniów dyscyplina. Reporter gazety konkludował, że obóz ten należałoby rozbudować i zagospodarować znajdujący się wokół niego bagnisty teren na warzywnik. Tak przedstawiała się rzeczywistość obozu pracy w Granicznej Wsi na dwa miesiące przed wybuchem wojny we wrześniu 1939 r. Po opanowaniu tych terenów przez Niemców obraz ten zmienił się diametralnie – nowi więźniowie osadzeni w Grenzdorfie jednoznacznie określali go jako „miejsce eksterminacji” lub „mordownia”. Pierwszy transport więźniów po dezynfekcji w Gdańsku Nowym Porcie został odwieziony ciężarówkami do Pruszcza Gdańskiego, skąd udał się do obozu. Więźniowie zastali tam dwa baraki, z czego mieszkalny ogołocony ze wszystkiego. W izbach nie było pieców, stołów, krzeseł ani łóżek. Mógł pomieścić ok. 300 więźniów, przy dużym zagęszczeniu nawet kilkuset więcej. Umywalnia znajdowała się w drugim baraku, administracyjnym. Tam też znajdowała się kuchnia, stołówka dla Wachmanów, magazyny, kancelaria oraz pokoje mieszkalne dla administracji, pod nim zaś bunkier. Wszystko było otoczone zasiekami z drutu kolczastego oraz kilkoma wieżami strażniczymi zaopatrzonymi w broń maszynową. Początkowo więźniowie spali na gołej podłodze, po kilku dniach przywieziono dopiero słomę. Pierwszy obiad stanowiły nadgniłe ziemniaki w łupinach i jeden solony śledź. Pierwszym komendantem obozu został SS-Sturmfuhrer Hertzer, jego zastępcą Paul Anker. Z relacji więźniów przebywających w tym czasie w obozie wynika, że stosunek tych ludzi do podwładnych miał niewiele wspólnego z przesyconego nienawiścią stosunku Niemców z pierwszych dni wojny. Hertzer zwracał się do nich przez „Kameraden”, a Anker pozwalał na zakupy tytoniu. Umożliwiono im także spotkania z rodziną, które w każdą niedzielę odwiedzały ich, przywożąc bieliznę i żywność. Jednakże komendant Hertzer oraz Paul Anker już w grudniu zostali przeniesieni do innych obozów, a stanowisko komendanta Grenzdorfu objął Richard Reddig, zimny i cyniczny funkcjonariusz obozowy. Ksiądz Henryk Malak zapamiętał dobrze słowa powitania Reddiga, gdy pod koniec marca 1940 r. przybył tam wraz ze 100-osobową grupą księży:„Właściwie to, gdyby ode zdje_033 Rekonstrukcja planu obozu.
mnie zależało, wolałbym was wystrzelać zaraz dzisiaj !... Ponieważ jednak zabrakło mi ludzi do pracy – macha szeroko łapą, nie kończy zdania, wskazuje na ustawiony ciężki karabin maszynowy – Ten stale na Was czeka! Tutaj jest obóz pracy ! Tutaj się albo pracuje i zarobi na jedzenie, albo się zdycha ! Zrozumiano !...” Obóz w Grenzdorf ze względu na swój charakter był traktowany jako karne kommando dla Polonii gdańskiej i Żydów. Miejscem ich pracy były pobliskie kamieniołomy i żwirowni. Praca polegała na rozbijaniu głazów i dalszej ich obróce na kostki bazaltowe. Mniejsze odłamki skalne wykorzystywano do produkcji żwiru. Praca nie była choćby w najmniejszym stopniu zmechanizowana, wszystkie prace wykonywano ręcznie. Transport żwiru odbywał się w wagonikach pchanych przez więźniów, duże głazy noszono na tzw. tragach. Ludzie nieprzyzwyczajeni do ciężkiej, fizycznej pracy, nieobeznani z obróbką kamienia przy użyciu ciężkich młotów, żelaznych klinów, kilofów i łopat doznawali licznych kontuzji i ran skóry. Nie było oczywiście mowy o żadnych rękawicach. Praca trwała 12 godz. prawie bez przerwy, pod czujnym i ostrym nadzorem wartowników. Na koniec każdy z więźniów miał za zadanie przenieść na plecach ciężki kamień lub wilgotne szczapy drewna (a trzeba przypomnieć, że droga do obozu trwała pół godziny). Nie wszyscy pracowali w kamieniołomie i żwirowni, część była zatrudniona stale w samym obozie i izolowana od reszty więźniów ze względu na ryzyko chorób (dodajmy - chorób funkcjonariuszy, którzy mieli z nimi w obozie stały kontakt). Były to prace stosunkowo najlżejsze, tj. w kuchni, magazynie, pralni, przy obsłudze ss-manów i przy sprzątaniu pomieszczeń administracyjnych. Przede wszystkim nie narażały na kalectwo czy śmierć, jak w kamieniołomie. Najcięższą pracą w obozie było pompowanie wody ze studni, gdyż jej uruchomienie wymagało wysiłku kilku osób – brano ich po 10 z każdej sztuby. Warunki bytowe za Reddiga i jego następców jeszcze się pogorszyły. Dalej nie było prycz, a na podłodze leżała przegniła słoma. Gnieździły się w niej „miliony robactwa. Spać nie można było, bo robactwo rzucało się z taką wściekłością, że ludzie wstawali pogryzieni do krwi”. Noc była większą udręką niż ciężka praca w kamieniołomie. Zakaz załatwiania potrzeb fizjologicznych w nocy powodował niemiłosierny smród, a ekskrementy stanowiły doskonałą pożywkę dla i tak włażącego wszędzie robactwa. Także ubrania i bielizna były ich pełne – jednakże więźniowie musieli je zakładać i iść w tym do pracy. Komendant Reddig wprowadził nowe porządki co do organizacji dnia w obozie. Pobudka ogłaszana była już o trzeciej w nocy, następnie mycie, śniadanie, które stanowiła dosłownie kromka chleba i kubek mącznej zupy i wymarsz do pracy w kamieniołomach. Obiad stanowił 1 litr zupy z brukwi, kolację znów 1 kromka chleba. Właśnie głód i wycieńczenie spowodowane ciężką pracą były najczęstszymi przyczynami zgonów. "Walka z głodem była najtrudniejsza, niemalże niemożliwa" jak podaje Wacław Mitura. Szanse na przeżycie stwarzały dodatkowe porcje żywności zorganizowane przez kucharzy, zakupione za posiadane marki w kantynie czy produkty przesyłane w paczkach. Wielu więźniów zmarło w gwałtowny sposób w następstwie maltretowania czy popełnieniu na nich wyrafinowanych morderstw. Często zdarzały się wypadki śmierci samobójczej prowokowanej przez ss-manów. Teren, na którym pracowali więźniowie otoczono białym sznurem, którego nie można było przekroczyć. Niektórzy więźniowie wycieńczenie do granic możliwości sami go przekraczali, niektórych prowokowali sami ss-mani, zrywając czapki z głów i rzucając je poza linię – zawsze kończyło się to oddaniem strzału. Najbardziej znane morderstwo popełniono w obozie Grenzdorf na harcmistrzu Alfie Liczmańskim 20 marca 1940 r. Tego dnia skatowanego Liczmańskiego przewieziono ze Stutthofu do Grenzdorfu. Został w bunkrze dobity przez ss-manów, a następnie wywieziono jego ciało w stronę lasu i wyrzucono z pędzącego samochodu zdje_024 Fragment pomnika z nazwą i latami istnienia obozu.
w rozpadlinę powstałą po wydobyciu głazów narzutowych. Najbardziej prześladowano w obozie Żydów. Prawie całą grupę liczącą ok. 30-40 więźniów, dotransportowanych w lipcu i sierpniu 1940 r., wymordowano do końca tegoż roku. Zmuszano Żydów do wieszania współwięźniów, kazano im, obciążonym kamieniami, wchodzić na drzewa, bijąc pałkami, a potem zatapiano w pobliskim bagnie, podczas transportu wagoników kazano im kłaść ręce na szynach, co kończyło się wykrwawieniem. Najbardziej tragiczny wypadek opisał Kazimierz Brzuszkiewicz: „Wagoniki, którymi dowożono kamienie, zgniotły jednemu z więźniów żydowskich palec u ręki. Prosił o lekarza, czy felczera dla założenia bandaża. Pokazał rękę strażnikowi. Uderzył go bydlak pałką w głowę. –Ty przeklęty leniu- ryczał nad ogłuszonym. Obok była woda, tak długo go kopał, aż ten głowę wsunął do kałuży. Bulgotało, bulgotało, coraz rzadziej. W końcu przestało bulgotać. Strażnik był zachwycony. Utopił Żyda w 5 centymetrowej wodzie. ‘Prawdziwy zuch’”....... Zwłoki zmarłych więźniów wywożono co 10 dni na cmentarz na Zaspie, samochodem, który dowoził paczki i pocztę. Niewielu zdecydowało się na ucieczkę. Wszystkie trzy znane przypadki ucieczek zakończyły się tragicznie. Ksiądz Henryk Malak po pobycie w Gdańsku Nowym Porcie i Grenzdorfie stwierdził: „Grenzdorf to mordownia, a Reddig morderca jakich mało (...) –i dalej- Mniejsza o to, co nas czeka w Stutthofie. Nie może nas spotkać nic gorszego od tej mordowni”. Eksploatację kamieniołomów zakończono prawdopodobnie pod koniec października 1941 r. Obóz rozebrano w listopadzie tego roku, a jego części wykorzystano przy rozbudowie obozu Stutthof. Wszyscy więźniowie z czasem trafili do obozu Stutthof. Do 31 marca 1940 r. obóz podlegał Komendanturze Obozów Jenieckich Gdańsk, jako odrębny obóz jeńców cywilnych. Następnie centralna komendantura została przeniesiona do obozu Stutthof, jednakże zachowana dokumentacja potwierdza niezależny status obozu Grenzdorf także po przeniesieniu Komendy do Stutthofu. Zachowane listy żołdu sztabu Komendy Obozów Jenieckich Gdańsk wymieniają trzech kierowników obozów jeńców cywilnych, w tym Richarda Reddiga. Wyklucza to podporządkowanie Grenzdorfu jednemu z dwóch innych obozów: Stutthof lub Neufahrwasser.
Jakub Jąkalski
Tekst napisano na zlecenie Stowarzyszenia Przyjaciół Pruszcza Gdańskiego i Okolicznych Gmin na podstawie materiałów otrzymanych z Muzeum Stutthof w Sztutowie. |
|